czwartek, 20 kwietnia 2006
LAURKA
ZROBIŁEM LAURKĘ DLA CIOCI A.B. :) 
Bo Ciocia A.B. to moja ulubiona Ciocia! Jest naprawdę fajowa, mówię Wam! :)
JESTEM CHORY
Miałem napisać o tym, jak narozrabiałem, ale dziś napiszę o tym, jak zachorowałem. Tak. Właśnie zachorowałem. Polowałem na ofiarę, którą Vincent nazywa „wyimaginowaną”, ale to nieprawda. W domu czają się różne niebezpieczeństwa, których on nie widzi i przed którymi muszę go strzec. No więc tak sobie polowałem i polowałem... I gwizdnąłem mordą w futrynę. Jakoś tak nie wycelowałem i łuuups! Trochę zabolało, ale niebezpieczeństwo zażegnałem. I myślałem, że wszystko już będzie w porządku, ale następnego dnia obudziłem się i coś strasznie piekło mnie oczko. Poszedłem do Vincenta, wskoczyłem na biurko i spojrzałem na niego. Wlepiał się komputer, jak zwykle. - Ekhm – chrząknąłem. - Co byś chciał, Mateuszku? – spytał Vincent nie odrywając wzroku od komputera. On jest chyba jakiś uzależniony, czy coś... - Jestem chory, Vincencie – miauknąłem. Vincent spojrzał na mnie. - Jezus Maria, Mateusz, co ci jest? – wykrzyknął patrząc na moje prawe oko. - No właśnie nie wiem. Może ty wiesz? – spytałem. - Ty masz chyba zapalenie spojówek – wymamrotał Vincent próbując obejrzeć moje oko, ale wyśliznąłem mu się, bo nie lubię, jak mi się ktoś tak badawczo przygląda, jakbym coś zbroił i jeszcze na dodatek próbuje chwytać mnie za głowę. Moja głowa jest jednostką absolutnie autonomiczną i nie lubi być chwytana. To było przedwczoraj. Potem Vincent przemywał mi oko czymś, co nawet ładnie pachniało, ale broniłem się dla zasady. Ale to nie pomogło. I wiecie, co? Przyjechała ciocia A.B. i razem z Vincentem zabrali mnie do pana doktora. Strasznie nie lubię jeździć samochodem, mogliby coś innego dla kotów wymyślić. A potem ciocia A.B. wysiadła i poszła do lecznicy, żeby zobaczyć, czy dużo zwierzątek dziś zachorowało. Trochę czekaliśmy, ale w samochodzie – zawsze to jednak lepiej, niż wśród tylu obcych piesków i kotków – nigdy nie wiadomo, jaki kto będzie miał humor, włącznie ze mną. W międzyczasie z kolei Vincent poszedł do lecznicy zobaczyć, jak się sprawy mają, ale wrócił coś bardzo zasmucony. Powiedział tylko, że umówił się z jedną miłą panią, że jak będzie nasza kolej, to pani wyjdzie nam pomachać. W końcu pani wyszła i pomachała. Vincent wziął mnie na ręce i pomaszerowaliśmy, a ja postanowiłem, że będę bardzo grzeczny, dzielny i że nie narobię siary. Weszliśmy do poczekalni. Po chwili z jednego gabinetu wyszły dwie panie i strasznie płakały. Nie wiem, dlaczego. Ale nie mogłem ich o nic spytać, bo Vincent raptem odwrócił się do ściany, tak, jakby chciał, żeby nikt go nie widział i bardzo mocno wtulił się we mnie. Nie wiem, o co chodziło, coś tam przedtem słyszałem, że Vincent rozmawia z ciocią A.B. o jakiejś bardzo chorej kotce, która też czeka do pana doktora. Ale kotki nie spotkałem, dziwne... A potem z jednego gabinetu wyszedł pan doktor, przeszedł do drugiego pokoju i tam nas zaprosił. A tam – na stole siedział inny kotek! Ale nawet się nie zjeżyłem, tylko patrzyłem z ciekawością. Pan doktor powiedział do niego: „Spadaj, ty masz dziś nocną zmianę” i uśmiechnął się, a potem nam opowiedział, że ten kotek tutaj towarzyszy innym zwierzątkom i pomaga mu w pracy i że jest już przyzwyczajony do różnych zwierząt i że nic go nie rusza. Faktycznie był coś leniwy, ale poszedł. Vincent podszedł ze mną do stołu, oparł się na nim, ale mnie nie wypuszczał. I bardzo dobrze, wcale mnie nie korciło, żeby sobie od niego iść. Trochę się bałem, ale tylko troszeczkę i wcale nie wiem, dlaczego Vincent mówił, że jestem jego małą galaretką... Ha! I tu niespodzianka! Wcale się nie wiłem i pozwoliłem panu doktorowi się zbadać – powiedział, że mam piękne uszka, trochę mi się nie spodobało, jak zaczął mi gnieść pyszczek, ale trudno, widocznie musiał. Nie bolało, ale wolałbym, żeby przedtem spytał mnie o zdanie. W końcu, jak się ładuje komuś paluchy do pyszczka to wypada chociaż zapytać, prawda? Vincent powiedział, że jest zaskoczony, a pan doktor, że najwidoczniej postanowiłem dziś być eleganckim kotem. Pan doktor przetarł i zakropił mi oko, czemu w ogóle się nie sprzeciwiałem, więc Vincent nazwał mnie zdrajcą. A potem musiałem dostać dwa zastrzyki. Pan doktor robił zastrzyki, ja sobie patrzyłem przez okno na rękach Vincenta, doktor powiedział do niego, że od razu widać, który z nas dwóch bardziej się boi zastrzyków, a ja mruknąłem Vincentowi do ucha: „Nie bój się, moja mała galaretko”. Może byłem trochę złośliwy, faktycznie... Vincent dostał dla mnie kropelki i wróciliśmy do domku. Najadłem się, w nagrodę dostałem trzy dropsy serowe ekstra i był względny spokój. Ale przed chwilą Vincent postanowił sam podać mi kropelki do oczu. Oooooo, co to, to nie, moi państwo, tak się nie umawialiśmy! Nie! Nie lubię, jak się mnie chwyta za głowę, nie lubię, nie lubię, nie lubię! Zabierz to! Zabierz tę głupią buteleczkę! Nie? No to ja ci ją zabiorę! Wrrrrr, jesteś podły Vincencie, jesteś podły i wyładowujesz na mnie swoje frustracje! Puszczaaaaaj! Nie, nie chcę kropelek! Nie chcę! Skopię cię, zobaczysz, obiema tylnymi łapami cię skopię! <kropelka> Dobra, jedna wystarczy, wygrałeś, teraz puszczaj! Wrrrrr....Mrrrauuuuu <kropelka> Jesteś najgorszym człowiekiem, jakiego znałem!~ Poszedłem obrażony i postanowiłem, że już do końca świata się do niego nie odezwę! A co to? Masz dropsy? Dobra, później się będę „nie odzywał”. Mniam...
wtorek, 07 marca 2006
COŚ
Czasem kłócimy się z Vincentem – to fakt. Obaj jesteśmy uparci, a ja do tego jestem „mały nieznośnik” – tak mówi Vincent. Ale tak to już jest, jak pod jednym dachem mieszka dwóch indywidualistów. A na pewno jeden, czyli ja, bo z nim to różnie bywa. Vincent opowiedział mi, że gdzieś tu przeczytał o tym, jak kot podrapał jedną Panią – głupek z tego Vincenta, bo ja nawet wiem, którą, bo pisała do mnie. Ale Vincent nie jest specjalnie lotny, więc nie wymagam od niego zbyt wiele. Tylko... Kurczę... Jak on mi o tym powiedział, to mi się trochę głupio zrobiło, bo... No bo ja też kiedyś miałem z nim taką awanturę. Opowiem Wam o tym i wszystko wytłumaczę, bo to nie jest tak, jak myślicie. Pewnego wieczoru Vincent przyszedł do domu z Oną, która jeszcze wtedy do nas przyjeżdżała i z Ciocią O. Ciocia O. To kuzynka Vincenta i bardzo ją obaj lubimy, bo jest fajna. A siostra Cioci O., Ciocia M. opiekuje się moją siostrzyczką, wiecie? No więc tego pamiętnego wieczoru Vincent przyszedł do domu z Oną, z Ciocią O. i jeszcze z Czymś. „Czegoś” nie widziałem, bo było małe i siedziało u Vincenta pod kurtką w okolicach szyi i strasznie piszczało. Zjeżyłem się profilaktycznie, ale Vincent najwidoczniej źle odczytuje kocie przekazy niewerbalne i wyjął Coś. I to był kot. Mały był, to fakt, ale zawsze kot. A poza tym ja też jestem jeszcze mały, mam dopiero 3 lata z hakiem i wyglądam jak średniej wielkości ryś, ale i tak uważam, że jestem jeszcze mały i trzeba się mną opiekować. A on?! Co mi zrobił?! Przyniósł Cosia! Czy to znaczy, że ja się już nie liczyłem?! Tak się starał o moje zaufanie, tak się mną opiekował, a teraz co! Zacząłem miauczeć, mówiłem brzydkie słowa, ale jak już Vincent wniósł Cosia do pokoju – nie wytrzymałem. Puściły mi nerwy i... Dziś to mi trochę wstyd, ale... To są emocje, nie zrozumiecie tego. Rzuciłem się na łydkę Vincenta i ugryzłem go tak mocno, że wisiałem zębami na jego nodze. Wiem, zrobiłem bardzo brzydko, ale było mi tak strasznie przykro i tak strasznie nie wiedziałem, co będzie ze mną teraz. Wstyd mi trochę, że nie pomyślałem o małym Cosiu... Ale przecież każdy ma chwilę słabości, prawda? W końcu Vincent wyszedł z Cosiem. Podobno znalazł Cosiowi domek u miłej pani, sąsiadki Cioci O. Teraz trochę żałuję, bo jakby było nas dwóch – Coś i ja, to wychowywanie Vincenta szłoby znacznie sprawniej, a tak wszystko jest na mojej głowie. Ale wiem, że jakby Vincent przyniósł innego Cosia, to zachowałbym się tak samo, bo taka moja kocia natura. To smutne, ale ja nie mam takiego wpływu na swój instynkt i Vincent na pewno świetnie to rozumie, bo też jest czasem nie do zniesienia, zupełnie jakby też nie miał wpływu na swój instynkt, a jest podobno człowiekiem i podobno jest inteligentniejszy ode mnie (tak między nami – wątpię w to...). Po tym incydencie role się jednak troszkę odwróciły. Vincent stracił do mnie zaufanie i musiałem się zdrowo napracować, żeby je odzyskać. Było mi strasznie wstyd i jak Vincent wrócił to byłem pewien, że mnie wywali i że już nie będzie mnie tak kochał. Ale z niego jednak jest niezły kumpel i chyba rozumiał, o co mi chodziło, bo nawet mi nic niemiłego nie powiedział. Powiedział nawet, że to on popełnił błąd i że powinien był to przewidzieć. Tym bardziej było mi głupio. Ale teraz jest już wszystko w porządku – może nawet trochę bardziej udaję, że się go słucham. I – nie czarujmy się – on to widzi, że ja udaję, żeby mu zrobić przyjemność, ale też udaje, że tego nie widzi – żeby mi zrobić przyjemność. I tak sobie razem jesteśmy – on i ja. I cieszę się, że go mam. A on się chyba cieszy, że ma mnie... A następnym razem opowiem Wam, jak leciałem z balkonu! To dopiero była przygoda!
środa, 05 października 2005
Awantura o drewniane klocki
Vincent postanowił koniecznie przekonać mnie do jedzenia czegoś innego niż chrupki i dropsy. Najwyraźniej wyszedł z założenia, że jeśli mięsko z sosem smakuje jemu, to kocia odmiana tej potrawy musi być równie smaczna. Szkoda, że nie spróbował... Kupił mi ostatnio jakiś koci przysmak i podsunął pod nos. - Chyba cię pogięło – miauknąłem zdegustowany, po czym wskoczyłem na biurko i rozwaliłem się bezczelnie na klawiaturze. - Mateusz, zejdź z klawiatury – powiedział stanowczo Vincent. Oczywiście nie mogłem tego zrobić, ponieważ ucierpiałby na tym mój koci autorytet. - Zejdź z klawiatury! – powtórzył Vincent trochę głośniej. Ha! Niestety, wciąż nie ma w sobie tej charyzmy, która tak działa na koty... Musiał się uciec do znanego mi już rozwiązania, czyli wziął mnie na ręce i położył na miejscu obok klawiatury, tam, gdzie często sobie drzemię. - Jesteś niegrzecznym, niedobrym kotem – powiedział. No pewnie, że jestem, nigdy nie twierdziłem, że jest inaczej. Ale za to jaki jestem kochany! Vincent też nie jest najgrzeczniejszy i najlepszy – każdy ma swoje wady... On na przykład pali papierochy. Owszem, trzyma się naszej umowy, że jak śpię po lewej stronie biurka to on pali po prawej i odwrotnie: jak śpię po prawej, to on pali po lewej. Z reguły to ja decyduję, gdzie będę spał, a on się do tego kulturalnie dostosowuje. Tylko jak kiedyś spróbowałem rozwalić się przed monitorem, to zaprotestował. Fakt, chyba przegiąłem... Jestem dość duży i trochę zasłaniałem sobą ten monitor. Wracając do mięska w sosie: w końcu je zjadłem, owszem, ale bez specjalnego entuzjazmu. Mam nadzieję, że Vincent zrozumiał tę delikatną aluzję i więcej nie będzie mnie karmił tym czymś, co miało na etykietce napisane „z tuńczykiem”, a obok tuńczyka chyba nawet nie leżało. Może i niektóre koty to lubią – proszę bardzo – mnie to zupełnie nie odpowiada. Słyszałem o ludziach, którzy też jedzą niemal wyłącznie chipsy i jakoś żyją. Jakiś czas temu Vincent przyniósł do domu grę. Polega ona na tym, że buduje się wieżę z drewnianych klocków, a potem się ją przebudowuje tak, żeby była coraz wyższa, ale żeby się nie zawaliła. Był tą grą zachwycony! Ja też, ale do czasu... Mój przyjaciel rozsiadł się bowiem przy stole i rozpoczął trening: było fantastycznie, cichutko, Vincent siedział skupiony, coś tam pomrukiwał do siebie, ja drzemałem kawałek dalej, bo stół mamy ogromny. I wiecie, co się stało? Nagle wieża łubudubuduuu!!!!! Rymsnęła z takim hukiem, że podskoczyłem pod sam sufit i zwiałem do drugiego pokoju, gdzie schowałem się do otwartej szafy. Vincent przyleciał za mną. - Mateuszku, wystraszyłeś się? – spytał przejęty. Ale głupio spytał – sam widziałem, jak się przestraszył, bo huk był straszny i nastąpił dość nagle przecież. - Nie, wcale... – miauknąłem ironicznie, ale zaraz potem wybuchłem – Jak mogłeś mi to zrobić?! – zamiauczałem z wyrzutem – Ty, który mówisz, że jesteś moim przyjacielem! Jak mogłeś rymsnąć mi kupą drewnianych klocków tuż nad uchem?! Jesteś nienormalny! Zobaczysz – miauczałem – zadzwonię do Towarzystwa Opieki Nad Zwierzętami i powiem im, ze się nade mną znęcasz! Rymsasz mi klockami przy głowie! Dajesz mi jakiś obrzydliwy gulaszyk do jedzenia, zamiast moich chrupek! A jeszcze na dodatek wczoraj odkurzałeś, a wiesz, jak bardzo się boję odkurzacza! Chyba zrobiło mu się przykro, bo odwrócił się w milczeniu i poszedł pozbierać te swoje klocki. Powkładał je do pudełka i odstawił na półkę. - Jesteś małym terrorystą – powiedział z wyrzutem. - Jaaaa? – spytałem – Jestem terrorystą, bo nie chcę jeść kociego gulaszu? - Nie. Jesteś terrorystą, w dodatku szantażujesz mnie emocjonalnie. - Sza... co? - Szantażujesz emocjonalnie. - Jaśniej proszę – mruknąłem wychodząc z szafy i wskakując na biurko. - Wiem, że boisz się odkurzacza, ale w domu trzeba odkurzać. I tak przez ciebie robię to rzadziej, niż nakazuje przyzwoitość. Przyzwoitość! Ten człowiek przed chwilą omal nie przyprawił mnie o zawał serca i śmie mówić o przyzwoitości! - Obiecuję ci, że nie będę grał w tę grę, jeśli będziesz w pobliżu. Ale sądzę też, że skoro już wiesz, jak ona się kończy, to nie będziesz się rozwalał na stole, na którym gram. - Musiałbym być kretynem, żeby się tam rozwalać. W ogóle lepiej będę się trzymał od ciebie z daleka. Kto tam wie, co ci jeszcze strzeli do głowy... Obraziliśmy się na siebie i przez jakiś czas nie odzywaliśmy się. - Mateusz... – zagaił Vincent w pewnym momencie. Spojrzałem na niego bykiem. – No nie gniewaj się już – powiedział. - Jasne – odparłem – przecież jesteśmy kumplami, nie? - Jasne – potwierdził. - No to ja bym teraz chciał serowego dropsa – mruknąłem przymilnie.
Dostałem aż cztery!
poniedziałek, 26 września 2005
Dziś opowiem Wam o trudnej sztuce polowania. My, koty, jesteśmy drapieżnikami i na pewno wszyscy to wiecie. W domu nie za bardzo jest na co polować, chyba, że są myszy, ale u mnie akurat jest mysi deficyt. Mam jedną mysz, która jest sztuczna i nie mogę jej zjeść, bo nie miałbym się z kim bawić, kiedy nie ma Vincenta. Ale pracy i tak jest co niemiara, zwłaszcza latem, kiedy latają muchy. Mucha to stworzenie bardzo upierdliwe, ponieważ nie daje spokojnie spać. Ponieważ jest głupia, nie da sobie wytłumaczyć, że to nieładnie tak wlatywać do cudzego domu i przeszkadzać w odpoczynku, albo rozmyślaniach. W tej sytuacji nie ma innego wyjścia, jak przedsięwziąć środki przymusu bezpośredniego i muchy się pozbyć. Robimy to w sposób następujący: Zauważywszy intruza po pierwsze: nie rzucamy się od razu. Szkoda energii. Najpierw trzeba wroga rozpracować strategicznie. Ustalić jak lata, jak często zmienia kierunek, ocenić częstotliwość przebywania w zasięgu łapy (a nuż nie trzeba będzie wcale wstawać... ale to raczej rzadkość), a także siadania na przedmiotach i stabilność tychże. Po dokonaniu analizy wstępnej rozpoczynamy śledzenie figurantki. Zeskakujemy, niby mimochodem, z kanapy i łazimy sobie w tę i z powrotem za muchą, że niby tak sobie tylko... Wiecie, to taka „kocia ściema”. Zawsze znajdzie się takie miejsce, gdzie mucha krąży najczęściej, na przykład moja miska, a to już jest naprawdę wkurzające, bo co jak co, ale chrupki – rzecz święta. Po ustaleniu takiego miejsca przysiadamy spokojnie i teraz już nie spuszczamy muchy z oczu. Zawsze nadchodzi moment, kiedy mucha powodowana łakomstwem nie oddala się znad miski, a jest już trochę zmęczona. I to jest właśnie TEN moment. Wówczas bez zbędnych ceregieli robi się „hyc!” i łapie muchę w zęby. Ale się jej nie zjada – muchy to paskudztwo przecież! Wypuszcza się ja po chwili i udziela lekcji poglądowej. Tyle, że mucha jest jakaś mało rozgarnięta i niezbyt kulturalna, bo jak tylko się trochę ocknie, to zaraz chce sobie iść (z lataniem to już bywa krucho...). Nie da sobie nic powiedzieć, tylko zaraz w długą. Trzeba więc wysunąć łapkę, walnąć muchę w łeb i kazać jej wracać. Znów się nie rusza – można zacząć wykład. Ledwie nabiorę powietrza, a ta cholera znów myk! I akcja z łapą zaczyna się od początku. Tak się troszkę przekonujemy do swoich racji, aż mucha ginie; chyba z tego zacietrzewienia, bo ja jej przecież nic złego nie robię. Powiecie, że jestem sadystą, bo ją męczę, tak? A cóż ona sobie wyobraża? Ma cały świat do dyspozycji, może latać gdzie chce, ale nie! Ona wybierze właśnie moją miskę, nie dość, że ponadgryza moje chrupki, to jeszcze tam nabrudzi. A jakbym ja to potem zjadł??? Wiecie co mogłoby być? Straszne rzeczy mogłyby się dziać z moim brzuszkiem. Muszę się jakoś bronić... Dla obrońców much mam jedną pocieszającą wiadomość, choć dla mnie to prawdziwy dramat: dziś skacząc po muchę nie wymierzyłem właściwie parametrów lądowania i zleciałem na spodek, na którym było moje ulubione mleko, takie specjalne dla kotów – pycha! Nie dość, że się upaprałem w tym mleku, to jeszcze wszystko straciłem rozchlapując dookoła. Ale Vincent obiecał, że naleje mi drugą porcję, tylko musi je ogrzać troszkę, żeby nie było prosto z lodówki. No to siadłem sobie do komputera i piszę, a Vincent biega ze ścierką i porządkuje ten bałagan, którego narobiła mucha, bo przecież nie ja! A potem... Wiem, co zrobię. Położę się na biurku obok klawiatury – to świetny sposób na wysępienie jeszcze kilku serowych dropsów. A te dropsy... To mówię Wam, niebo w pyszczku!
wtorek, 20 września 2005
CZY DŻINSY SĄ WYGODNIEJSZE OD SZTRUKSÓW, CZYLI POCHWAŁA SPANIA. I troszkę też jedzenia...
Bardzo, ale to baaaardzo lubię spać. Jak każdy kot, ale ja to chyba naprawdę wyjątkowo... Chciałbym, żeby ktoś urządził zawody na spanie – na pewno bym wygrał! Zresztą pod tym względem jesteśmy do siebie z Vincentem niesłychanie podobni. Tyle, że on nie śpi w szafie, tylko w łóżku. Ja zdecydowanie wolę szafę. Albo fotel. Albo łóżko Vincenta. My, koty, mamy specyficzny rodzaj okazywania uczuć, którego Vincent na początku zupełnie nie rozumiał. Na przykład kiedy idę spać zanim on pójdzie spać, to idę właśnie do szafy, albo na fotel. A kiedy on się położy, to wówczas chcę mu powiedzieć „dobranoc, Vincencie”, więc wskakuję na jego łóżko, wdrapuję się na niego i tuptam przednimi łapkami na jego ramieniu. To z miłości przecież! Kiedyś się bardzo dziwił, dlaczego to robię, teraz już się chyba przyzwyczaił. Z kolei rano, jak chcę mu powiedzieć „dzień dobry, Vincencie”, albo raczej „dzień dobry, Vincencie, wstawaj, bo jestem głodny i nudzi mi się”, to robię to samo, tylko jeszcze nachylam pyszczek nad jego uchem i robię najpiękniejsze, jakie tylko potrafię: „miaaaaaaaaau”. Prawda, że jestem całkiem miły dla niego? A on się kiedyś strasznie zdenerwował, że go tak obudziłem i aż podskoczył! A może to z radości...? Nie wiem. W każdym razie podskoczył wysoko. W szafie śpię na dżinsach Vincenta, które zdecydowanie są wygodniejsze od sztruksów. Jak sztruksy są na wierzchu, to powiadam Wam – idę do innej szafy i kropka. Niby są miękkie, ale jednak wolę dżinsy, łatwiej się do nich dopasować – tak sobie myślę. No i po wyjściu z szafy nie zostawiam po sobie bałaganu, bo dżinsy się tak nie gniotą. Wczoraj dostałem nowe chrupki, takie specjalne, w miseczce w kształcie kociej głowy. Doceniam starania Vincenta, ale te chrupki są absolutnie nie do jedzenia. Jakieś takie... No nie wiem... Wolę serowe dropsy. I paluszki Friskies – jedliście kiedyś? Nie? To spróbujcie koniecznie! Mówię Wam, pyyyyycha! Ale nie mogę ich jeść za dużo, bo Vincent mówi, że jak będę taki łakomy, to będę taki gruby, jak on, a jeden grubas w tym pokoju wystarczy. No więc staram się nie być łakomy, ale jak już wskoczę na biurko, to nie ma co – muszę dostać moje dwa dropsy, bo stanę przed monitorem i będę tak długo stał, aż dostanę. Może ktoś powie, że jestem wredny, ale to nieprawda. Każdy ma prawo w życiu do odrobiny przyjemności. Ale wracając do spania – bo to dziś temat przewodni (może dlatego, że dzień taki senny...). Jest jeszcze jedno miejsce, gdzie uwielbiam ucinać sobie drzemkę. Nie zgadniecie, co to za miejsce – plecak Vincenta. Jak wraca z pracy, to już go nauczyłem, że wszystkie potrzebne rzeczy musi z niego czym prędzej wyciągać, bo potem jestem strasznie niezadowolony, kiedy mi przeszkadza w odpoczynku i grzebie w tym plecaku. A czy zauważyliście, że nawet samo słowo „spać” jest takie senne i cieplutkie? Uaaaaaa . Chyba się zdrzemnę...
niedziela, 18 września 2005
"WERY FANY"
Muszę Wam powiedzieć, że fajnie się miauczy we dwóch. Po jakimś czasie wspólnego mieszkania z Vincentem zacząłem zachowywać się jak normalny kocio. To znaczy zacząłem na przykład czekać pod drzwiami i miauczeć, jak tylko słyszałem pikanie domofonu, świadczące, że Vincent otwiera drzwi na dole. Miauczałem głośno, żeby już z daleka słyszał, że jestem i cieszę się na jego powrót z pracy. Szczerze mówiąc Vincent troszkę mnie tego nauczył, bo często, kiedy wraca – natychmiast częstuje mnie dropsami serowymi, które ma dla mnie w kieszeni kurtki. Ale nie myślcie, że jestem wstrętnym materialistą i czekam tylko na te dropsy, a nie na niego. Z nim też jest fajowo, nie mogę powiedzieć. Kiedy wraca, zawsze pyta, co u mnie, a ja mu odpowiadam o przechodzimy na koci język. To znaczy on przechodzi, a trzeba powiedzieć, że radzi sobie coraz lepiej, chociaż miauczy z lekkim akcentem. Zresztą dogadujemy się już na tyle dobrze, że on mnie pyta: „Co słychać?”, a ja odpowiadam mu po swojemu. On na to: „Naprawdę? No to opowiedz mi o tym”. No więc idę za nim do łazienki, gdzie myje ręce i opowiadam o wszystkich muchach, jakie upolowałem, o tym jak bawiłem się sztuczną myszą, jak spałem na biurku, jak wylałem wodę polując na wielkiego zwierza, którego przysięgam, że naprawdę widziałem. Był strasznie groźny, więc musiałem jakoś go pokonać, w końcu to MOJE terytorium. Czasem upominam się o obcięcie pazurków, bo mam za długie. Do niedawna w takich sytuacjach przychodziła ta ładna pani, o której Wam opowiadałem na początku i obcinała mi te moje biedne pazurki. Robiła to co prawda fachowo i delikatnie, ale w końcu to nie z nią mieszkam i wolałem, żeby Vincent robił to sam, więc trochę marudziłem i się wyrywałem. W końcu ostatnio Vincent wziął mnie na ręce i poradziliśmy sobie we dwóch. Dla zasady trochę pogrymasiłem, ale miałem powód: byłem krótko po lekcji fruwania z balkonu i jeszcze trochę bolała mnie łapka. Ale byłem dzielny. Najgorzej jest, kiedy Vincent wyjeżdża na kilka dni, a czasem mu się to zdarza. Zostaję wtedy z jego mamą, która jest bardzo fajna. Na początku chyba mnie trochę nie lubiła, ale teraz bardzo się przyjaźnimy. Lubię spać w szafie z jej rzeczami i nie przeszkadza mi nawet, jak od czasu do czasu niechcący mnie tam zamknie – przynajmniej mam święty spokój, a to cenię nade wszystko. Ostatnio właśnie tak się zdarzyło. Mama Vincenta zamknęła mnie w szafie, co okazało się zbawienne, bo wkrótce potem przyszła pani z jakąś małą dziewczynką, a ja za dziećmi nie przepadam specjalnie – są strasznie ciekawskie, nawet, jak widzą mnie po raz setny. A ta dziewczynka jest wyjątkowo, że tak powiem, trudna w pożyciu, ponieważ jeśli się jej nie upilnuje, to wrzuca moje chrupki do miski z wodą, a nawet wchodzi do mojej kuwety – zupełnie, jakby nie miała swojej. Ale chyba ma, czasami mam wrażenie, że nosi ją cały czas przy sobie, owiniętą wokół pupy. Myślicie, że ludzie tak mają? Vincent chodzi do swojej kuwety, która stoi w osobnym pomieszczeniu i jest cała biała. Dziwne, że pozwala chodzić do swojej kuwety innym ludziom – ja bym nie pozwolił i nie lubię, jak ta dziewczynka wchodzi do mojej. W każdym razie spałem sobie spokojnie zamknięty w szafie i nawet nie wiedziałem, że pani z dziewczynką już sobie poszły. Nie wiem, ile czasu spałem, ale w pewnym momencie drzwi się otworzyły i mama Vincenta szybkim ruchem sięgnęła po wiszący tam sweter. Spojrzałem na nią i ziewnąłem. Mama Vincenta zaczęła mówić zdenerwowanym głosem, że co ja sobie myślę, że ona wszędzie biega i mnie szuka, woła, a ja sobie śpię w najepsze. No „wery fany”! (tak mówi Vincent, nie wiem, co to znaczy, ale mi się podoba). A co niby miałem robić, jak byłem zamknięty w szafie, hę?! W każdym razie wyszedłem z tej szafy (skoro jej się nie podobało, że tam śpię, to proszę bardzo, pójdę spać gdzie indziej), przeciągnąłem się i podreptałem nieśpiesznie do pokoju Vincenta. Jego mama oczywiście natychmiast zadzwoniła do niego i naskarżyła na mnie, że się nie odzywałem w tej szafie, a ona mnie szukała i myślała, że znów wypadłem z balkonu i już chciała biec po schodach na dół szukać mnie i że zaraz dostanie przeze mnie zawału. To niesprawiedliwe, że najpierw zamyka się mnie w szafie, a potem obarcza się poczuciem winy i szantażuje emocjonalnie perspektywą zawału. Nie bawię się tak i jeszcze przez kilka dni nie będę wchodził do tej szafy. Jak się nie podoba, to proszę bardzo. Wlezę tam sobie później, jak sprawa przycichnie.
piątek, 16 września 2005
Już prawie rok mieszkam w tym domu... Kiedyś, na samym początku chciałem prowadzić pamiętnik, bo czułem się trochę samotny i zagubiony. Jednak bardzo szybko się oswoiłem (człowiek, z którym mieszkam, Vincent, twierdzi nawet, że się „rozbestwiłem”, ale to gruba przesada) i nie czułem już potrzeby dzielenia się swoim kocim światem z kimkolwiek. Właściwie to nadal nie czuję, ale Vincent powiedział mi, że są tacy ludzie, którzy chętnie poczytaliby o tym, jak żyję i co myślę. Wiele się zmieniło od czasu, kiedy zamieszkałem tutaj, z Vincentem. Przeżyłem prawdziwą i przerażającą przygodę, jaką był remont – okropność: jacyś obcy ludzie szwendający się po terytorium, mnogość zapachów (nie zawsze przyjemnych) i w ogóle – nie ma się gdzie podziać. Nie powiem, Vincent w całej tej remontowo-budowlanej zawierusze najbardziej dbał chyba właśnie o mnie, o to, żebym czuł się bezpieczny i w ogóle. Z tego wszystkiego zacząłem się na tyle oswajać z robotnikami, że w końcu postanowiłem wziąć czynny udział w tym wielkim przedsięwzięciu. Przechadzałem się więc pod drabinami z miną cynicznego nadzorcy budowlanego i pozwalałem sobie na delikatne sugestie co do kolorów i kolejności robót. W końcu – kto może wiedzieć więcej o jakiejkolwiek dziedzinie niż KOT??? Po remoncie przenieśliśmy się z Vincentem do innego pokoju – znacznie większego, do którego sam wybrałem kolor – wyszło trochę wściekle, ale w sumie pasuje do naszych charakterów. Jestem pewien, że Vincent opowiadał Wam już o moich niektórych przygodach (na przykład o tym, jak wypadłem z balkonu... To było troszkę inaczej – Vincent przeczytał mi książkę „O mewie i kocie, który uczył ją latać” Luisa Sepulvedy; zasnąłem gdzieś pośrodku, ale pomyślałem, że skoro kot nauczył latać mewę, to sam chyba też musi mieć jakieś predyspozycje w tym kierunku...), ale – choćby z powyższego przykładu - wynika, że muszę się ustosunkować do niektórych opowieści. Póki co – podaję do publicznej wiadomości pierwszy fragment mojego dziennika, który miał powstać, kiedy się tu przeprowadziłem. Niestety, dziennik – jako taki w pełni nie powstał, ale jest kilka wspomnień, które się w nim znajdują. Oto pierwsze z nich...
Nazywam się Mateusz. Po prostu Mateusz, choć wołają też na mnie „Myszek”, „Książę Myszkin”, „Mati”, „Micuń” albo po prostu „kici-kici”. Nic dziwnego, przecież jestem kotem... Mam trzy lata, ale czuję się znacznie młodziej. Niedawno się przeprowadziłem. Do tej pory mieszkałem u pewnej pani, ale pani zachorowała i musiałem się przenieść gdzie indziej. Właściwie to zostałem przeniesiony, nie ukrywam, że trochę wbrew swojej woli, ale co zrobić... W życiu nie wszystko jest takie, jak sobie zaplanujemy... Pewnego dnia do mojego domu przyszło dwoje ludzi: taki młody facet w okularach i bardzo ładna pani. Wyglądało na to, że znają się już długo. Na wszelki wypadek schowałem się za fotelem. Pani uklękła na fotelu i zaczęła do mnie mówić bardzo łagodnie, ale wolałem być ostrożny. Przeczołgałem się pod ścianą kawałek dalej. Byłem pod stołem. Wtedy ten pan, który był z tą panią, bardzo ostrożnie i powolutku podszedł do stołu i... Usiadł na podłodze naprzeciwko mnie! A potem się położył tak, że jego oczy były na poziomie moich oczu. Patrzył na mnie tak łagodnie i z taką czułością, że miałem od razu ochotę podejść do niego i otrzeć się pyszczkiem, ale się powstrzymałem. To by było przecież bardzo głupie z mojej strony! Potem ta ładna pani przyniosła koszyk i już wiedziałem, że coś się święci. Postanowiłem uciec i zwiałem do łazienki. Byli bardzo delikatni, ale i tak mnie złapali i trochę na siłę wsadzili do koszyka. Potem nie było lepiej... Wsiedliśmy do samochodu, a ja tak nie lubię samochodów! Nie zwymiotowałem co prawda, bo to by było nieładnie, ale czułem się kiepsko... Po jakimś czasie samochód się zatrzymał i wysiadł tylko ten pan ze mną. Pani pojechała dalej i jak dotąd się nie pojawiła. Po wejściu do domu od razu wyczułam psa i pomyślałem: będzie okropnie i strasznie. Trochę się rozejrzałem i czmychnąłem pod kanapę w kuchni. Przesiedziałem tam cały dzień czekając na psa, ale pies się nie pojawił. Właściwie to już piąty dzień się nie pojawia, więc może go już nie będzie...? W nocy zrobiło mi się bardzo smutno, wszyscy poszli spać i zostawili mnie w tej kuchni. Wyszedłem ostrożnie spod kanapy i zacząłem się nieśmiało rozglądać. Było mi jednak tak okropnie smutno i tak strasznie się bałem tego nowego domu, że zacząłem sobie cichutko pomiaukiwać, a potem coraz głośniej, bo już nie mogłem się opanować... Wtedy zaraz wstał ten pan i... zgadnijcie, co zrobił! Ha! Wziął mnie na ręce, usiadł ze mną w fotelu i zaczął mnie drapać za uchem i pod brodą! Wcale się na mnie nie złościł! Wcale a wcale! Zacząłem nawet mruczeć... Leżałem sobie u niego na kolanach i tak sobie drzemaliśmy. Potem pan wziął mnie do swojego łóżka i pozwolił tam być, ale wolałem być ostrożniejszy. Do kuchni co prawda nie wróciłem, ale schowałem się za kanapą tego pana. Następny dzień spędziłem za tą właśnie kanapą. Pan wyszedł, więc mogłem się swobodnie rozejrzeć (jednak trochę się go boję, choć niby nie jest zły, wygląda na fajnego). Trochę powędrowałem, ale jednak co kryjówka to kryjówka. Zrobiłem grzecznie siusiu i resztę do kuwety w łazience i wróciłem za kanapę. O, w łazience to by się remont przydał... Ale moją kuwetę mam ze starego domu, a piasek w niej naprawdę niezły. Pan wrócił, nachylił się do mojej kryjówki i powiedział cicho: Cześć, Mateuszku. No jak tam? Tęskniłeś trochę za mną? Bo ja za tobą bardzo. A może przyjdziesz do mnie, co? – uśmiechnął się i delikatnie wysunął rękę. Korciło mnie, ale nie podszedłem, lepiej uważać, z ludźmi nigdy nic nie wiadomo... Po południu postanowiłem wyjść zza kanapy, trochę rozprostować kości. I wiecie, co się stało?! Nigdy byście nie zgadli! Dostałem nowe zabawki!! Dwie nowe, śliczne zabawki. Jedną bawił się ze mną ten pan (podobno nazywa się Vincent), a drugą bawiłem się sam, kiedy Vincent usiadł do komputera. On ciągle przed nim siedzi i coś pisze i pisze. Ciekawe, co on tam tak wypisuje... Jak się bardziej oswoję, to wskoczę mu na kolana i będę podpatrywał! No więc najpierw Vincent wyjął z szeleszczącego opakowania taką śmieszną tasiemkę na plastikowym patyczku i zaczął mnie tym kusić. No pewnie, że zacząłem polować na tasiemkę! Szalałem po całej kanapie, mogłem nawet wskakiwać na oparcie! Potem zaczął się ze mną droczyć, więc go trochę pogryzłem i podrapałem, ale na wszelki wypadek ostrzegawczo stuliłem uszy. Ale nic mi nie zrobił, a nawet wyglądał, jakby się cieszył. Dziwni są ci ludzie – jak kogoś pokochają, to można z nimi wszystko zrobić, nawet skrzywdzić. Ja go oczywiście nie skrzywdziłem, bawiłem się grzecznie, ale chyba go musiały boleć trochę te moje zęby i pazurki... No, nie wiem, nie skarżył się w każdym razie. Potem, kiedy miałem bawić się sam – dostałem małą, pluszową myszkę. Mówię wam, jak prawdziwa!!! A nawet lepsza, bo z taką fajną grzechotką w środku! Zacząłem popychać ją łapką i polować na nią. Było super, tylko niechcący wepchnąłem myszkę daleko pod kanapę i nie mogłem jej wydostać. Próbowałem i próbowałem, ale nic z tego... Vincent zauważył, że mam kłopot i postanowił mi pomóc. Wstał od komputera, podniósł kanapę i pomógł mi wydostać moją zabawkę! Wpadlibyście na to?! No więc ponieważ wolałem się bawić z Vincentem niż z myszą, to zacząłem chować myszkę w różne niedostępne miejsca. Fajnie, prawda? A on za każdym razem wstawał, przestawiał różne rzeczy i wyciągał moją zabawkę. Chyba miał jednak jakąś ważną rzecz do zrobienia na tym swoim komputerze, bo za którymś razem westchnął ciężko: - Mateuszku kochany, zlituj się... Późnym wieczorem zrobiłem się trochę głodny, ale jedzenie mam blisko mojej kryjówki za kanapą, więc nie musiałem się daleko wyprawiać. Trochę zjadłem, ale niedużo. Położyliśmy się spać. Ja – za kanapą, Vincent – na swoim łóżku. Ale w nocy zrobiło mi się zimno, więc cichutko wskoczyłem na łóżko Vincenta i ułożyłem się przy nim delikatnie, żeby go nie obudzić. Chyba mi się udało, bo nic nie mówił. Następnego dnia raniutko popędziłem do kuwety, żeby mnie nikt nie zobaczył i zrobiłem co trzeba. Te wyprawy do łazienki są najbardziej stresujące, to dosyć daleko i trochę straszno, ale przecież jestem już duży i nie będę sikał byle gdzie! Przyzwyczaję się. Jak do tej pory nic mnie złego tu nie spotkało, więc może jakoś to będzie... Dzisiaj było już całkiem fajnie. Postanowiłem zjeść normalną porcję moich chrupek. Zjadłem wszystkie, ale szybko znów zrobiłem się głodny – ostatnio mało jadłem. Ale wiecie co? Jak tylko znów poczułem głód – zobaczyłem, że w mojej misce są nie tylko nowe chrupki, ale też troszkę szynki i troszkę pasztetu! O rany, ależ to było smaczne! Szkoda, że tak mało... Spojrzałem na Vincenta wyczekująco. Wychylił się znad klawiatury i mrugnął do mnie mówiąc: - Co, maleńki? Dobre było? – potwierdziłem miauknięciem. - No, wiem, Mati, ale więcej na razie nie dostaniesz, boję się, żebyś mi się nie rozchorował – wstał i kucnął przy mnie, a ja się przyłasiłem do niego – może jednak zmieni zdanie? Na pewno nic mi nie będzie! - Nie, maluszku, inne łakocie dostaniesz jutro, obiecuję – powiedział. A więc jednak dostanę! Szkoda, że dopiero jutro... A w ogóle, to ja już jestem dużym kotem, a nie żadnym „maluszkiem”. Ale niech mu będzie... No i dziś już zrobiłem sobie prawdziwą wielką wyprawę. Obwąchałem całą kuchnię (za jednymi drzwiczkami znalazłem tyle zapachów, że będę musiał jakoś rozpracować to zamknięcie!) i drugą część przedpokoju, nie tę, przez którą biegnę do kuwety, ale przeciwną. Psa nigdzie nie stwierdziłem. Vincent chyba się zorientował, że wolę kiedy jest w pobliżu i mówi do mnie podczas tych moich wędrówek, więc był przy mnie i oprowadzał mnie. We dwóch zawsze raźniej! No i postanowiłem też poznać inne ciekawe miejsca, więc powskakiwałem ostrożnie tu i ówdzie, Vincent śmiał się i wcale na mnie nie krzyczał. Poznałem jego regał z książkami, zresztą tu wszędzie są jakieś książki... Poznałem też intrygujący fotel, całkiem wygodny, będę musiał przyjrzeć mu się bliżej. No i co ważne: wskoczyłem na krzesło Vincenta przy komputerze korzystając z tego, że on tam akurat nie siedzi, tylko stoi trochę dalej z rękami założonymi, uśmiecha się i mówi do mnie cicho różne rzeczy. Nie pamiętam, co wtedy mówił, chyba: - Podoba ci się moje miejsce pracy? Wygodnie? Postanowiłem to sprawdzić i zwinąłem się w kłębek na jego krześle. Było fantastyczne, takie mięciutkie... Vincent podszedł, nachylił się nade mną, podrapał mnie za uchem i spytał: „No co, Mateuszku, dobrze ci tutaj?” Zeskoczyłem na kanapę i miauknąłem. Vincent spod narzuty krzesła wyciągnął poduszeczkę i ... Nigdy nie zgadniecie! Położył mi ją za kanapą, w mojej kryjówce! Dał mi swoją poduszkę! Uwierzycie?! Poduszeczka jest super, miękka i ciepła, ale Vincentowi chyba mniej wygodnie na tym krześle, bo jak pisze, to częściej się przeciąga i masuje sobie kark. Żeby mu pokazać, że nie muszę mieć tej poduszki, bo to naprawdę zbyt wiele – położyłem się na kanapie, a nie w kryjówce (choć wcześniej tam sobie poleżałem na mojej nowej poduszce – jaka wygodna!), ale on nie zabrał poduszki. Widzicie? Tacy są właśnie przyjaciele – godzą się na pewne niedogodności, jeśli wiedzą, że mogą sprawić komuś wielką przyjemność... Chyba go polubię, tego Vincenta. Trzeba się nad tym poważnie zastanowić, ale to już jutro, dziś jestem już bardzo śpiący, będę spał jak susełek...
|
|